poniedziałek, 5 maja 2014

~ 7 ~

   Głośny wrzask spowodował, że moje powieki w ekspresowym tempie się uniosły, a oczy skierowały się w stronę ściany, o którą raz po raz uderzała dłoń Jo. Nie wiedziałem co się dzieje, słyszałem tylko krzyk, przeplatający się z płaczem i kolejnymi dźwiękami związanymi z ciosami wymierzanymi w ścianę, na której miejscu na pewno nie chciałbym się w tym momencie znaleźć.
   - Hej, Jo- kiedy dotarło do mnie, co właśnie się dzieje, pochwyciłem ręce dziewczyny i przyciągnąłem je do siebie, a następnie zwolnioną ręką objąłem Jo.- Nic się nie stało, jestem tutaj- powiedziałem spokojnie, a wtem otworzyły się jej oczy, a wrzaski ustały.
   Robiło się już widno, więc byłem w stanie dostrzec małe krople potu na nosie brunetki i spływające ciurkiem łzy, po jej śniadych policzkach.
   - To był tylko sen, prawda?- wychlipała powoli, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.
   - Tak, powiedziałbym nawet, że koszmar- szepnąłem w jej stronę.
   - Zdecydowanie koszmar. Chcę o nim jak najszybciej zapomnieć- dodała, po czym zgrabnie wyszła z łóżka i zerknęła na mnie.- Możesz jeszcze spać, jak chcesz- odparła.
   - Ehh co to byłby za sen bez ciebie- wzdychnąłem i również opuściłem materac, który akurat teraz wydawał się taki miękki, jak nigdy dotąd.
   - Jak twoja głowa?- zmieniła temat, a moje dłoń odruchowo złapała za część czaszki, na którym mieścił się jeszcze szew.
   - Zupełnie o tym zapomniałem. Tylko przybywa tych zagadek, a żadna się nie rozwiązuje- mówiłem jakby sam do siebie.
   - Widziałam ostatnio...- natarczywe łomotanie do blaszanych drzwi, nie pozwoliło dokończyć jej zdania.
   - Lepiej się schowaj- poleciłem, po czym sam skierowałem się do drzwi, które w jednej sekundzie otworzyły się niemal na oścież, a w ich progu stanęła stara Matilda, z wrogością wymalowaną na jej pomarszczonej twarzy.
   - Musimy porozmawiać Styles- zarządziła.- Pójdziesz ze mną do mojego gabinetu- spojrzała na mnie niczym wygłodniały lew, a następnie dodała.- W tym momencie- zacisnęła kurczowo palce na moim nadgarstku i mocno pociągnęła za sobą.
   - Czuję się nieco niezręcznie idąc z panią, teoretycznie rzecz biorąc za rękę.- po moich, kobieta w mgnieniu oka uwolniła mój nadgarstek.
   - Właź!- otworzyła przede mną drzwi swojego gabinetu, do którego grzecznie wszedłem.
   Pomieszczenie jak zawsze tonęło w papierach, segregatorach i papierowych teczkach. Makulatura walała się w każdym kącie gabinetu. Nie rozumiałem jak ktokolwiek mógłby się połapać w tym, gdzie co się znajduje.
   - Skąd ma pani przekonanie, że mam ochotę zamienić chociaż jedno słowo z panią, tu i teraz?- zacząłem, siadając na starym, obitym niszczejącym materiałem, krześle.
   - Bo wiem co wyprawiasz i wiem, że chcesz się dowiedzieć co miał na celu twój zabieg- spojrzałem na nią z zaciekawieniem.
   - W takim razie zamieniam się w słuch.
   - Nie tak szybko. Odpowiem na twoje pytanie, kiedy ty odpowiesz na moje- wtrąciła.- Przejdę do sedna. Kto zabił Anne?
   - Kto to Anna?
   - Nie rób ze mnie idiotki, dobrze wiesz.
   - Z przykrością muszę oświadczyć, że w tym momencie nie robię z pani idiotki. Zdarza się, że sam zapominam własnego imienia, a pani wymaga ode mnie, żebym znał imię, każdej osoby, którą napotkam na swojej drodze- starałem się jak mogłem, by te słowa brzmiały prawdziwie.
   - To ta dziewczyna, która krótki czas temu została brutalnie zamordowana.
   - A faktycznie, alarm zadzwonił w bardzo nieodpowiednim momencie. Jak mógłbym o tym zapomnieć- powiedziałem z ironią w głosie.
   - Odpowiedz w końcu na moje pytanie- ponagliła mnie, po tym jak między nami zapanowała błoga cisza.
   - Niestety nie mam pojęcia kto to zrobił, ale nie zaprzeczę temu, że sam usiłuję rozwiązać tę zagadkę i wyeliminować rzekomego mordercę- oznajmiłem spokojnym i opanowanym głosem.
   - Jak chcesz tego dokonać?- zadała kolejne pytanie, na co ja pokręciłem głową.
   - Nie tak szybko. Odpowiedziałem na jedno pytanie, teraz czas na panią. Pytanie będzie banalnie proste i równie przyjemne- posłałem w jej kierunku delikatny uśmiech, a ona zmarszczyła tylko swoje wielkie czoło i zacisnęła zęby.- Co mi zrobiliście?
   - Mały zabieg- burknęła pod nosem i zwróciła wzrok w kierunku zasypanego papierami biurka.
   - Jaka pani rozmowna, mogę w moich wypowiedziach także ograniczyć się do dwóch słów, a dokładniej do " nie wiem "- warknąłem.
   - Jesteś najbardziej beznadziejnym pacjentem w całym tym budynku, to chyba oczywiste, że chcieliśmy się ciebie pozbyć- postanowiłem jej nie przerywać, mimo że kilka uwag łaskotało mój język.- Skontaktowaliśmy się z jednym z lepszych neurologów w mieście i ściągnęliśmy go do zakładu, by przeprowadził na tobie zabieg, który miał zapobiec twojej usterce genetycznej.
   - Jak widać się nie udało- powiedziałem i tak szybko jak to powiedziałem, tak szybko też pożałowałem moich słów. Gdybym oświadczył, że rzekomy zabieg się powiódł, a ja straciłem swoją umiejętność, najprawdopodobniej na dniach już by mnie tu nie było. Tak to jest, gdy człowiek coś powie, a dopiero później pomyśli.
   - Zdążyliśmy to zauważyć- mruknęła pod nosem, po czym otworzyła przede mną drzwi.- Zmykaj stąd. Nie mam więcej pytań.
   - Właściwie to ja mam jedno- wtrąciłem.
   - Nie mam nic do powiedzenia- zakończyła rozmowę i niemal siłą wypchnęła mnie za próg swojego gabinetu.
 
***

   Już z końca korytarza widziałem otwarte drzwi mojej celi, co wywołała u mnie małe zdziwienie. Jednak, gdy tylko podszedłem bliżej, przed moimi oczami stanął niecodzienny i paskudny obraz. W kącie leżało ciało ochroniarza, patrolującego do tej pory owy korytarz. Jego brudnozielony mundur już prawie w całości nasiąknął krwią, która wypływała z tyłu jego łysej głowy. Mimo koszmarnego widoku, było coś co przerażało mnie bardziej. Nigdzie w najbliższym otoczeniu nie było Jo. Po dziewczynie została tylko jej koszulka, która beztrosko spoczywała na środku mojej celi. Nie czekając ani minuty dłużej pociągnąłem za alarm. Po chwili wokół rozległ się dźwięk dudniący w uszy, a na miejsce zleciała się połowa personelu. 
_________________________________________________________________
   Jestem beznadziejna, minął miesiąc, a mi nie przyszedł do głowy, żaden pomysł, aby rozwinąć tę historię w ciekawy sposób. Jestem zmuszona zawiesić bloga, bo nie daję rady z czasem, systematycznością i do tego brakuje mi weny. :((

sobota, 29 marca 2014

~ 6 ~

  Tak was bardzo, bardzo
mocno przepraszam za takie 
opóźnienie. Mam nadzieję, że mi 
wybaczycie, a ja postaram się 
dodawać rozdziały w terminie :)
No to teraz życzę wam 
miłego czytania :)

   - Chciałam ci coś pokazać- powiedziała, cały czas stojąc do mnie tyłem. 
   - Proszę powiedz, że chodzi ci o list- odparłem, a w tym czasie w mojej głowie pojawiła się jakaś nadzieja, na otrzymanie jakiś wyjaśnień. 
   - Jaki list?- spojrzała na mnie zdziwionym wzrokiem.    - Nieważne- mruknąłem zrezygnowanym tonem i opadłem z powrotem na skórzaną i miękką sofę.  
   - Chodź ze mną, to może być istotniejsze od jakiegoś tam listu- podeszła do mnie, po czym zdecydowanym ruchem wyciągnęła dłoń w moim kierunku. 
   Wzdychnąłem cicho, po czym chwyciłem jej małą dłoń i podniosłem się do pionu.
  Wiedziałem, że gdybym tylko chciał, byłbym w stanie odkryć jakieś istotne informacje dotyczące całej zaistniałej sytuacji, która ostatnim czasem zapanowała w zakładzie. Te wszystkie tajemnicze zajścia, w tym moje nieuzasadnione badanie, zabójstwo i zniknięcie Maisona, pewnie wystarczyłoby jedynie trochę poszperać, ale ja w tym momencie, nie miałem już na to siły. Czułem się, jakby ktoś zrzucił mnie wprost na przegraną pozycję. Jednocześnie byłem na siebie zły, bo przecież gdybym pamiętał o tym cholernym spotkaniu, o które poprosił mnie psycholog, teraz mógłbym być gdzie indziej. 
   - Harry?- z moich rozmyśleń wyrwał mnie cichy głos mojej towarzyszki. 
   - Coś się stało?- spytałem, tak jakby dopiero co ktoś  wyrwał mnie z głębokiego snu.
   - Jakoś pusto tu- odpowiedziała, gdy przechadzaliśmy się jednym z tysiąca korytarzy. 
   - Wszyscy się boją i siedzą w celach, albo w miejscach nieco bezpieczniejszych. Powiesz mi co chciałaś mi pokazać?- zszedłem z tematu.
   - Jeszcze kawałek- oznajmiła, a następnie, po kilku minutach zatrzymała się przed drzwiami jednej z cel.- To tutaj- powiedziała, podnosząc wzrok na metalową powierzchnię.- Widzisz ten znak- wskazała palcem na sporych rozmiarów, czerwony znak "x".
   - Tak widzę. I co w związku z tym?- mruknąłem. 
   - To cela Anny, tej zamordowanej dziewczyny- wyjaśniła drżącym głosem. 
   - Myślisz, że morderca zaznacza drzwi cel, osób które już zabił? Stosuje, taką wykreślankę- spytałem, przyglądając się malunkowi. 
   - Obawiam się, że nie. 
   - Co masz na myśli?
   - Na moich drzwiach jest taki sam znak- dokończyła, a ja poczułem jak moje serce w jednej chwili próbuje dostać się do gardła najkrótszą z możliwych dróg. Po jej słowach zdawało mi się, że przed chwilą coś uderzyło w moje ciało i wytrąciło z równowagi. 
   - To nie musi nic znaczyć- próbowałem jakoś złagodzić atmosferę, która zapanowała między nami. 
   W czasie, w którym podążaliśmy pod celę Jo z jej myśli, zdołałem wyczytać trzy, wymyślone przez nią scenariusze dotyczące jej śmierci. To tylko powodowało, że robiłem się coraz bardziej nerwowy. Próbowałem wymyślić jakiś plan, w drodze, ale nie byłem w stanie skupić się na niczym innym, poza chodzeniem. 
   - Wiesz co? Nie boję się śmierci- powiedziała, kiedy staliśmy już pomiędzy naszymi celami.- Boję się tego, że ten morderca może mi wyrządzić większą krzywdę. Nie boję się też bólu fizycznego, inaczej jest z tym psychicznym. Jestem słaba psychicznie...- dodała, a ja bez słowa przytuliłem ją do siebie, tak mocno, na ile mi pozwoliła. 
   W tej chwili poczułem się szczęśliwy, słysząc jej myśli, w których mówiła mi o bezpieczeństwie, które nagle pojawiło się w jej umyśle, które poczuła, trwając w uścisku moich ramion. 
   - Ochronię cię- powiedziałem pewnym głosem, odsuwając się odrobinę od jej pulsującego ciała.- Ale teraz, daj mi sekundę- rzuciłem i zrobiłem kilka kroków w kierunku najbliżej nas stojącego ochroniarza.- Cześć- rzuciłem przyjaźnie do,wyższego ode mnie o pół głowy, mężczyzny, który spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem. 
   - Czego chcesz?!- burknął oschle. 
   - Mam jedną, małą prośbę- posłałem w jego kierunku szczery uśmiech.- Widzisz tę dziewczynę- spojrzeliśmy oboje na opierającą się o ścianę Jo, która z zaciekawieniem wpatrywała się w pękające kafle, którymi wiele lat temu wyłożono podłogę. 
   - Co z nią?
   - Chciałbym, żeby spędziła noc ze mną, w mojej celi- przeszedłem do rzeczy. 
   - Zapomnij, nie będziecie się bzykać. 
   - Mamy lepsze rzeczy do roboty- skomentowałem.
   - I tak moja odpowiedź brzmi, nie. 
   - Dobra, załatwiamy to grzecznie, czy mam zmienić sposób mówienia- zaostrzyłem nieco ton, a Borys, bo takie imię było napisane na jego plakietce, otworzył szerzej oczy i zacisnął prawą dłoń, na wystającej pałce, której fakturę już kilka razy, w niedalekiej przeszłości, udało mi się poczuć na własnej skórze.
   - Powiedziałem, to co miałem do powiedzenia- chciał zakończyć całą tę rozmowę, jednak, ja nie zamierzałem się tak szybko poddać. 
   - Ty może tak. Ja, Nie- powiedziałem i zrobiłem kilka kroków, aby obejść go dookoła.- Albo pójdziesz na mój układ, albo jutro cały ośrodek będzie znał twoją tajemnicę Bridget. 
   - Skąd to wiesz?- warknął na mnie zdenerwowanym głosem. 
   - Słyszałem kilka opowieści o twoich operacjach zmiany płci, tak między nami, były nudne. Książki to z nich na pewno nie zrobisz- odparłem, a na mojej twarzy znowu zagościł chytry uśmiech. 
   - Od kogo to wiesz?!
   - Od ciebie Bridget, albo Borys, jak wolisz. 
   - Zabiję cię- warknął na mnie. 
   - Nie zmieniaj tematu. To jak?
   - Właźcie i ani słowa innym- poczułem pewnego rodzaju ulgę, gdy mężczyzna zgodził się na moją propozycję. 
   - Tej nocy, osobiście zadbam o to, żebyś była bezpieczna- skierowałem słowa w kierunku Jo, do której się zbliżyłem, na tyle blisko, by tylko ona usłyszała moje słowa. 
   - Niby jak?- spytała odrobinę zdezorientowana. 
   - Zapraszam- wskazałem ręką na wejście do mojej celi, a Jo zrobiła zdziwioną minę.- Śpisz dzisiaj ze mną- mrugnąłem do niej okiem. 
   - Jakim cudem?
   - Bierz swoją pościel i właź, bo zaraz zmienię zdanie- ponaglił nas mężczyzna, który ściskał w dłoniach pęk kluczy. 
   - Później ci wszystko wyjaśnię- powiedziałem do Jo, która posłusznie weszła do siebie, a po kilkunastu sekundach wyszła z kołdrą i poduszką pod pachą.- Panie przodem- przepuściłem ją w progu własnych drzwi, po czym sam wsunąłem się do pomieszczenia. Ciężki, metalowe drzwi, po chwili trzasnęły za nami, a Borys energicznie przekręcił w ich zamku kluczem. 
   - Harry, co jest grane?- spytała, zatrzymując się na środku pomieszczenia i odwracając się do mnie przodem. 
   - To jedyny pomysł jaki przyszedł mi do głowy i zapewnia on w jakimś stopniu ochronienie ciebie- podszedłem do niej na tyle blisko, aby móc odgarnąć kosmyk włosów, który spadł na jej bladą twarz. 
   - Myślisz, że to pomoże? Nie będziesz mógł mnie tu trzymać przez całe wieki. Zorientują się na pewno- zaczęła odrobinę dramatyzować, co przyczyniło się do tego, że po raz kolejny tego dnia, znalazła się w moich ramionach. 
   - Nie przejmuj się jutrem, a już tym bardziej dalszą przyszłością- szepnąłem jej do ucha, po czym poczułem jak dziewczyna się wzdryga, ale po chwili wydało mi się jakby jej ciało się rozluźniło. 
   - Nie jesteś mordercą, prawda?- zmieniła temat, jednocześnie ściszając ton. 
   - Co jest dla ciebie najważniejsze?- odbiegłem od tematu, w zamierzonym celu.
   - Nie rozumiem.
   - Co cenisz w swoim życiu najbardziej?- powtórzyłem zrozumialej. 
   - To, że wciąż wierzę, że wyjdę z tego budynku i zacznę nowe, lepsze życie- powiedziała, ze spuszczonym wzrokiem. 
   - Jakbym słyszał własną odpowiedź, na to pytanie- odparłem.- Więc Jo, przysięgam ci na największy cel naszego życia i na naszą wiarę, że nie jestem mordercą i nie zrobię ci nawet najmniejszej krzywdy. Poza tym pamiętasz, gdy została zamordowana tamta dziewczyna, byłem wtedy z tobą- wyjaśniłem, po czym usiadłem na łóżku, które jak miało już w swojej tradycji, złośliwie zaskrzypiało pod ciężarem mojego ciała. 
   - Dziękuję- po raz pierwszy od dłuższego czasu, usłyszałem to słowo, które na początku wydało mi się obce. W tym miejscu ludzie jakoś nie chłapią się do używania zwrotów grzecznościowych, o których zresztą nowi pacjencie z czasem zaczynają zapominać. 
   - Nie ma za co- odparłem i chwyciłem za własną pościel, którą zrzuciłem z łóżka wprost na podłogę.- Nie martw się, prześpię się na ziemi- odpowiedziałem na myśl, błądzącą po jej głowie.  
   - Nie musisz robić ze mnie księżniczki, też mogę przespać się na podłodze- oznajmiła, pokrótce. 
   - Nie robię z ciebie księżniczki, robię z siebie gentlemana- puściłem jej oczko, na co w odwzajemnieniu otrzymałem, mało satysfakcjonujące mnie, ziewnięcie.- Przeżyjesz bez prysznica? Bo wydaje mi się, że nie wypuszczą nas już dzisiaj. 
   - Nie jestem księżniczką- powiedziała, po czym wdrapała się na materac łóżka i oparła głowę na poduszce. Ja natomiast rozłożyłem swoje manatki na ziemie i również położyłem głowę na własnej poduszce. 
   Było twardo, a od posadzki biło chłodem, który wdzierał się nieproszenie w moje bezsilne ciało, które z minuty na minutę traciło swoje ciepło. Wpatrywałem się w Jo, która z zamkniętymi oczami, błądziła w swoich myślach pełnych wspomnień z czasów, zanim tutaj trafiła. Byłem świadomy tego, że w taki oto sposób, próbuje mi trochę o sobie opowiedzieć, a raczej o swojej przeszłości. W taki oto sposób. przebrnąłem przez wszystkie etapy jej szkoły, przez:  znajomych, chłopaków, jej pierwsze okaleczanie się, przez liczne awantury, które toczyła ze swoimi rodzicami. 
   - Wystarczy- wtrąciłem, gdy dziewczyna, zaczynała wchodzić myślami we wspomnienia związane z jej pierwszą próbą samobójczą.
   - Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś poznać całe moje życie- powiedziała zdziwionym tonem. 
   - Tak, to prawda, ale na dzisiaj. Tyle mi wystarczy- nawet nie zauważyłem kiedy zrobiło się ciemno. 
   Mrok, który teraz panował między nami, uniemożliwił nam w zupełności jakikolwiek kontakt wzrokowy.
   - Idź spać Jo, wiem że jesteś zmęczona- mruknąłem, kiedy do moich uszu doszedł dźwięk kolejnego ziewnięcia. 
   - Harry?
   - No?
   - Oglądałeś kiedyś Titanica?- nie powiem, że nie zdziwiło mnie to pytanie. 
   - Kilka lat temu. A czemu pytasz?
   - A pamiętasz jedną z ostatnich scen? Gdy statek całkowicie zanurza się pod wodę?- kolejne pytania wypłynęły z jej ust. 
   - Owszem pamiętam- odparłem, a w tym momencie poczułem jak dreszcz przechodzi przez moje ciało. Nie była to jednak reakcja związana z sentymentem do filmu i śmierci wielu bohaterów, lecz spowodowana zimnem, które teraz dawało mi w kość.- Wyjaśnisz o co chodzi?- spytałem, mocniej owijając się dziurawą i cienką niczym koc, kołdrą. 
   - Tam był taki moment, gdy Rose dryfuje na drzwiach a przy niej cały czas jest Jack, ale on w końcu zamarza i umiera, przez to, że jego ukochana była zbyt samolubna i nie pozwoliła mu wejść na drzwi- wciąż nie miałem pojęcia o co jej chodzi. 
   - Tak pamiętam, ale co to ma wspólnego z obecną chwilą? 
   - Nie chcę być samolubna, jak Rose, a tak się teraz czuję. Jest jeszcze dużo miejsca na łóżku, a ja nie chcę, żebyś marznął na tej zimnej, jak lód, ziemi- dodała, a ja usłyszałem zgrzyt łóżka. 
   - Jesteś pewna? 
   - Tak. Chodź- szepnęła, a ja powoli podniosłem się z podłogi, chwyciłem pościel, po czym na oślep zbliżyłem się do łóżka. Ostrożnie usiadłem na nim, a następnie przejechałem dłonią po materacu, by sprawdzić, ile mam miejsca, aż w końcu położyłem się obok niej.
   - Jesteś lodowaty- wzdrygnąłem się, gdy ciepłe i delikatne palce Jo, musnęły moją skórę na szyi. 
   - To nic takiego- szepnąłem.- Śpij dobrze- powiedziałem cichutko i sam zamknąłem oczy. 
__________________________________________________________
 Jeszcze raz tak bardzo, bardzo was przepraszam za opóźnienie. 
Jestem zła na siebie, że nie znalazłam czasu, żeby znaleźć czas na napisanie rozdziału, ale te ostatnie dwa tygodnie były bardzo zawalone jeśli chodzi o naukę i inne obowiązki. 
Mam nadzieję, że mi wybaczycie, :)
Będę bardzo wdzięczna, za każdy komentarz, wasze słowa są dla mnie ogromną motywacją do dalszych działań :) 
Z góry bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod rozdziałem 5 i tym <3 Jesteście kochani <3

sobota, 15 marca 2014

~ 5 ~

Przepraszam was za małe opóźnienie
ale miałam małe komplikacje
ostatnim czasem.
Póki co serdecznie zapraszam do przeczytania 
nowego rozdziału. Mam nadzieję
że wam się spodoba :)

   - Harry!- podniosła głos Jo, która w pewnym momencie, po prostu się zatrzymała. Spojrzałem w jej kierunku i również przystanąłem.
   - Coś się stało?- spytałem robiąc krok w jej kierunku.
   - Tam- wskazała palcem na podłogę korytarza położonego prostopadle do tego, którym podążaliśmy kilka sekund temu. Na wskazywanych przez Jo kaflach odbiły się ślady butów, prowadzące w głąb korytarza. Wszystko byłoby jak najbardziej normalne, gdyby nie kolor pozostawionych śladów.
   - Lepiej stąd chodźmy- rzuciłem do Jo, która wciąż wpatrywała się w podłogę.- Jo chodź!- pospieszyłem ją, po czym chwyciłem za rękę i pociągnąłem za sobą.
   Alarm wciąż dudnił w naszych uszach, a my byliśmy coraz bliżej miejsca, w którym zawsze organizowane były zbiórki wszystkich ludzi z budynku, w razie jakiś komplikacji. Wciągu tego, krótkiego, a zarazem długiego czasu, jaki dano mi spędzić w tym miejscu, wydarzyło się wiele niespodziewanych sytuacji. Raz, gdy ktoś puścił plotkę, że w budynku jest bomba, innym gdy ktoś podpalił kuchnię, albo kiedy przyjeżdżał ktoś ważny. To co spowodowało alarm dzisiaj, jeszcze stanowiło dla mnie nierozwiązaną zagadkę. Jednak z drugiej strony, po mojej głowie chodził widok czerwonych plam pozostawionych na posadzce. A Jo, którą myślała tylko o tym, nie umożliwiała mi wyrzucenia owej myśli z głowy. 
   Na miejsce dotarliśmy jako jedni z ostatnich. Największe pomieszczenie, a raczej przestronny hol w ośrodku w tym momencie, wypełnione było pacjentami, ochroniarzami, lekarzami i resztą personelu. Pośrodku utworzonego przez zebranych koła, stała stara Matilda, z tym samym co zawsze niezadowoleniem wymalowanym na jej starzejącej się twarzy.
   - To wszyscy?- mruknęła do najbliżej niej stojącego ochroniarza, który tylko skinął głową.- Cisza!- wrzasnęła, jak to miała w zwyczaju jeśli chodziło o uciszenie ludzi. Jednak gdy jej potężny, groźny głos zahuczał o ściany, wszyscy w jednej chwili zamarli i skierowali swoje wzroki w stronę kobiety. 
   - "A co z ludźmi leżącymi? Tymi które są przywiązani przez chorobę do materaca?"- najgłośniejszy głos w mojej głowie, należał do Jo, która stała schowana gdzieś za moimi plecami. 
   - Nikt się nimi nie przejmuje. Nawet jakby się paliło i waliło nikt się nimi nawet w najmniejszym stopniu nie zaintere...
   - Przeszkadzam panu, panie Styles- weszła mi w słowo Matilda, która dodatkowo usiłowała zabić mnie własnym wzrokiem. 
   - Pani włączyła alarm?- palnąłem, to co jako pierwszy przyszło mi do głowy. 
   - Tak ja.
   - W takim razie, odpowiedź brzmi tak. Przeszkodziła mi pani- puściłem oczko, a jej twarz w danym momencie wyglądała, jakby przed sekundą rozprysła na niej sino-czerwona farba.
   - Zamilcz smarkaczu- warknęła na mnie, niczym wygłodniała lwica.- Gdzie twoje łańcuchy?- wpatrywała się w moje nogi, z przymrużonymi oczami. 
   - Ja chyba czegoś nie rozumiem. Najpierw mówi pani, żebym zamilczał, później zadaje pani pytanie. Proszę się na coś zdecydować. 
   - Proszę nie zwracać uwagi na tego gówniarza- burknęła, ledwo, powstrzymując się od wydarcia na mnie.- Dzisiaj miało miejsce szokujące wydarzenie. Otóż jedna z naszych pacjentek została zamordowana, a jej ciało zostało doszczętnie zmasakrowane- po tych słowach rozległy się szmery dochodzące z ust zgromadzonych.- W związku z tym, że nie chcemy, aby podobne sytuacje miały miejsce, zamknięte zostaną niektóre sektory ośrodka, do czasu gdy winowajca nie zostanie odnaleziony- wspomniała jeszcze o kilku sprawach związanych ze zmianami, które mają nastąpić od jutra.- A teraz personel proszę o odprowadzenie pacjentów do swoich pokoi- dodała.- Styles!- zawołała, gdy obracałem się do niej tyłem i zamierzałem dobrowolnie udać się do swojej celi.- Pan poczeka- wywróciłem tylko oczami, a głośne westchnięcie opuściło niekontrolowanie moje usta.  
   - Jeśli chodzi o to co powiedziałem, ani trochę nie żałuję żadnego ze słów- uśmiechnąłem się do niej niemrawo.- Mam za karę udać się do izolatki teraz, czy ktoś mnie odprowadzi- poniekąd sam sobie wyznaczyłam karę, za moje słowa. Tylko jeśli o karę w formie spędzenia dwudziestu czterech w miejscu, w którym moja głowa jest zupełnie pusta, w moim przypadku kara przeobraża się w nagrodę. 
   - Nie. Chcę zamienić z panem kilka słów. 
   - W tym problem, że ja nie wiem, czy chcę zamienić kilka słów z panią- zmarszczyłem brwi, a następnie rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym jak się okazało zostałem już tylko ja i stara Matilda. 
   - Słyszałeś jakieś podejrzane myśli ludzi, którzy się tu zebrali?- zaczęła, zupełnie nie zwróciwszy nawet najmniejszej uwagi na słowa wypowiedziane przeze mnie kilkanaście sekund temu. 
   - Hmm... Pani myśli były dosyć podejrzane- powiedziałem, przypominając sobie wiązankę przekleństw, które pojawiły się w jej głowie, po kilku moich cennych uwagach. 
   - Won mi stąd- doczekałem się najgorszego, emocje kobiety puściły w jednej chwili, jej wrzask jeszcze długo dźwięczał w mojej głowie. Tak naprawdę zanikł dopiero, gdy poszedłem spać. 

***

   - O kurwa- zerwałem się w pewnym momencie z łóżka, jakby ktoś w trakcie mojego snu wylał mi wrzątek na twarz.- Maison. Zapomniałem- warknąłem sam do siebie, zrywając się ze skrzypiącego łóżka. 
   Przez wczorajszy alarm i to całe morderstwo, zupełnie zapomniałem o potajemnym spotkaniu z tutejszym psychologiem, które miało mieć miejsce w nocy. 
   Na zewnątrz wschodziło już słońce, którego promienie wpadały przez małe okno do mojej celi. Chciałem jak najszybciej pobiec do Maisona, wyciągnąć go z jego gabinetu w jakieś ustronne miejsce i przeprowadzić rozmowę, która miała odbyć się kilka godzin temu. Jednak została jeszcze jakaś godzina do śniadania i co najmniej trzy do wypuszczenia nas z naszych pokoi. 
   Czas mijał tak powoli, że każde zajęcie, które byłem w stanie sobie wynaleźć, nudziło mi się już po kilku minutach. To były chyba najdłuższe trzy godziny w moim życiu. Zdążyłem wypalić dokładnie osiem papierosów, które pozostał w paczce, ale kiedy w końcu doczekałem się pory na nasz rzekomy czas wolny poza celami, wystrzeliłem ze swojej niczym kula z armaty. Nie przeszkadzały mi łańcuchy oplatające, wyjątkowo solidnie moje kostki po prostu biegłem do przodu. Kiedy tylko dotarłem pod drzwi gabinetu psychologa, bez zastanowienia wszedłem do jego środka. 
   - Maison, ja...- krzesło na którym spoczął mój wzrok okręciło się, a na niem zamiast Maisona, siedział dobrze zbudowany, ciemnowłosy mężczyzna. Jego młodą twarz zdobił dwudniowy zarost i specyficzny pieprzyk na środku czoła. 
   - Cześć. Maisona nie ma, ale jestem ja- uśmiechnął się do mnie łagodnie i przyjacielsko. 
   - Gdzie on do cholery jest? 
   - Z tego co mi wiadomo, poprzedni psycholog miał mały konflikt z szefową...
   - Nie obchodzi mnie co on miał, a czego nie. Pytanie kurwa jest proste. Gdzie on do diabła teraz jest?!
   - Maison został zwolniony wczoraj wieczorem, teraz ja jestem nowym psychologiem w tej placówce- powiedział spokojnym tonem, podczas gdy we mnie wszystko zaczynało się gotować. Jedyna osoba, która wiedziała coś na temat mojego zabiegu i chciała się ze mną tym podzielić, nie stąd ni zowąd zniknęła.
   - Psychologiem, tak?- na mojej twarzy pojawił się chytry uśmieszek. Podszedłem do krzesła i usiadłem na nim. 
   - Tak. Chciałbyś o czymś ze mną porozmawiać?- spytał, a ja splotłem razem swoje palce i pochyliłem się w jego kierunku. 
   - O tak. Pytanie, czy ty byś chciał ze mną porozmawiać?- spojrzałem prosto w jego oczy, które nie miały w obecnej chwili żadnego wyrazu.- Głupie pytanie, jasne że tak. To w końcu twoja nowa praca, musisz się przyzwyczaić do nowego miejsca i co najważniejsze ludzi - po jego myślach, było widać, że zaczynał się domyślać, że mam jakiś plan i w sumie miał rację. Miałem jeden pomysł. 
   - W takim razie słucham, Cię...- przerwał i zaczął się zastanawiać, czy zdradziłem mu już swoje imię, czy jeszcze nie. 
   - Harry- wyciągnąłem w przyjaznym geście dłoń w kierunku bruneta, którą ten dyskretnie uścisnął.- Chcę, żebyś utrzymał wszystko to co ci teraz powiem w tajemnicy przed każdym. Jasne?- powiedziałem, a mężczyzna skinął głową.- Pewnie jak wiesz... A właśnie mogę mówić ci na ty?
   - To znaczy, wolałbym...
   - Nieważne, przecież i tak mogę robić co chcę. Wracając do tematu pewnie wiesz co miało miejsce wczorajszego dnia- mówiłem cicho, aby nadać mojemu monologowi emocji. 
   - Nie mam pojęcia o czym mówisz- zaprzeczył. Faktycznie nie wiedział, nikt mu nie zdążył jeszcze powiedzieć o morderstwie, co dla mnie wydało się korzystniejsze. 
   - Mam czas mogę wszystko ci opowiedzieć. Mianowicie wczoraj ktoś zamordował dziewczynę, poćwiartował jej ciało na kawałki i zostawił je w damskiej toalecie w naszym spokojnym psychiatryku. Dołączył jeszcze do tego wszystkiego karteczką- doszedłem do wniosku, że nie muszę mówić całej prawdy, a trochę się odegrać, za to że nie mogłem się spotkać z Maisonem.- I w tym liście było napisane, że morderca ma już kolejną ofiarę na celu. Podobno ta tajemnicza i aktualnie poszukiwana przez wszystkich  osoba miała na pieńku z poprzednim psychologiem, więc teraz chyba jasne, kto będzie następną ofiarą. Rozumiesz?- mężczyzna próbował zgrywać twardego, ale po głowie chodziły mu przeróżne obrazy i przewijały się pytania, dotyczące tego, czy mówię prawdę, czy też nie. 
   - "Żarty sobie robi gówniarz jeden"- warknął w myślach, gdy w gabinecie zapanowała cisza. 
   - Nie robię sobie żartów, jestem bardzo poważną osobą w tym miejscu- kiedy to mówiłem, oczy bruneta rozszerzały się ze zdziwienia.- No co ty, tego też ci nie powiedzieli?- dodałem, a mężczyzna zmarszczył czoło i postanowił poczekać, aż sam mu opowiem.- Słyszę wszystkie twoje myśli. A nie poprawka, słyszę myśli każdego w tym ośrodka i poza nim. Więc jeśli będziesz gdzieś przy mnie, oszczędź sobie myślenia na przykład o seksie ze swoją żoną, kochanką, córką, bądź babką. A jestem uznawany za najmniej chorą psychicznie osobę w tym budynku- skłamałem.
   - "To nie jest możliwe"- szeptał w myślach, jakby zdawało mu się, że to coś zmieni. 
   - Chyba jednak jest- uśmiechnąłem się do niego, podczas gdy ten nerwowo kręcił głową.- Mogę ci opowiedzieć o tych szczególnych przypadkach... 
   - Nie! To nie miejsce dla mnie- mruknął pod nosem i zaczął pakować swoje manatki do czarnego plecaka, który błyskawicznie zapiął i zaczął wychodzić z gabinetu. 
   - Miło było poznać- krzyknąłem za nim, po czym wybuchnąłem śmiechem. 
   Przesiadłem się na fotel psychologa rozglądałem się po całym gabinecie, z nadzieją, że znajdę coś ciekawego i zarazem pomocnego.  Coś mi podpowiadało, że Maison nie odszedłby tak bez pożegnania, gdzieś w pomieszczeniu musiało się coś kryć, coś dla mnie. 
   Na początku zajrzałem do każdej szuflady. Przewertowałem wszystkie papiery, które wpadły w moje ręce i nic. Zajrzałem w każdy najmniejszy kąt tego pomieszczenia i również nic. Zdesperowany usiadłem na skórzanej podartej kanapie i spróbowałem sobie przypomnieć może jakieś miejsce na przykład o którym wiedziałem tylko ja i Maison, jakiś zakamarek, tajemnicza skrytka cokolwiek. 
   - To jesteś Harry- z moich rozmyśleń wyrwał mnie cichy i opanowany głos Jo, któremu towarzyszyło jęczenie łańcuchów.- Wszędzie cię szukałam. 
   - Hej. Jak tam?- mruknąłem do niej na powitanie, jednocześnie próbując się uśmiechnąć. 
   - Wszystko dobrze- odpowiedziała, zsuwając rękawy swojej bluzki niżej. W mgnieniu oka na jasnym materiale pojawiły się ślady krwi. 
   - Krwawisz- wskazałem palcem na jej nadgarstki, które pewnie znowu przyozdobiła w kilka cięć. 
   - Nie ja jedna- spojrzała na moje nogi. Rzeczywiście, podczas nerwego biegu do gabinetu musiałem mocno otrzeć sobie nogi łańcuchami, ponieważ nogawki moich jeansów, także w niektórych miejscach zmieniły kolor na czerwony.- Co tu robisz?- zmieniła temat, gdy ja usiłowałem znaleźć jakąś apteczkę. 
   - Chciałem porozmawiać z Maisonem- odburknąłem, kiedy dostrzegłem dwa nieodpakowane jeszcze bandaże.- Ale go zwolnili- dodałem z powrotem siadając na kanapie.- Daj rękę- powiedziałem cicho i sam sięgnąłem po rękę Jo. 
   - Nie musisz tego robić- burknęła, ale ja chwyciłem jej dłoń i przysunąłem do siebie, kładąc ją na swoich kolanach. 
   Ostrożnie podsunąłem rękaw jej koszulki, który odsłonił mi jej pokaleczoną skórę ze świeżymi cięciami, z których jeszcze spływała krew. Polałem rany wodą, która wcześniej stała na biurku. Dziewczyna ani razu nie pisnęła, nawet się nie skrzywiła, podczas gdy musiał to być niemały ból. Osuszyłem jej nadgarstek własną koszulką, po czym owinąłem go bandażem. To samo uczyniłem z jej drugą ręką. 
   - Chcesz coś zobaczyć?- spytałem, gdy Jo wpatrywała się w swoje zabandażowane nadgarstki. 
   - Yhm- odwróciła wzrok w moim kierunku, a ja podwinąłem tym razem swój rękaw pokazując przy tym blizny po moich własnych ranach, które sobie robiłem jeszcze rok temu.- Czemu mi to pokazujesz?
   - Chcę ci pokazać, że z tym można skończyć. Nie warto, naprawdę- powiedziałem posyłając do niej na tyle prawdziwy uśmiech, na jaki było mnie w tym momencie stać.
   - Nie chcę z tym kończyć- prychnęła, wstając z kanapy. 
   - Poczekaj- zawołałem za nią, gdy zmierzała do wyjścia.- dlaczego mnie szukałaś? 
   - Chciałam ci coś pokazać- powiedziała, cały czas stojąc do mnie tyłem. 
________________________________________________________________
Przepraszam za opóźnienie i za dosyć krotki rozdział, ale wczoraj miałam bardzo nieprzyjemny dzień i przeryczałam cały wieczór, podczas gdy planowałam w tamtym czasie pisać dla was nowy rozdział. Mam nadzieję, że nie jesteście jakoś specjalnie złe na mnie. Co do rozdziału to chyba jest on trochę nudny, ale myślę, że już od następnego akcja rozkręci się na dobre. 
Ps. Dziękuję bardzo za wszystki 25 pięknych komentarzy i zapraszam serdecznie do pozostawiania kolejnych. 
Dziękuję xx

poniedziałek, 10 marca 2014

~ 4 ~

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze.
Cieszę się, że stawiacie na szczerość
Mam nadzieję, że w tym rozdziale
otrzymacie kilka odpowiedzi na nurtujące
was pytania. 
Jeśli już przeczytasz, będę 
ogrooomnie wdzięczna za komentarz <3


    Resztę dnia przyszło mi spędzić, w zamkniętej na cztery spusty, celi. Na szczęście zalazłem parę czystych spodni i ulubioną koszulkę z namalowanym na niej smokiem, więc czym prędzej zrzuciłem z siebie poplamioną krwią, szpitalną sukienkę i zastąpiłem ją własnymi zdecydowanie wygodniejszymi ubraniami.
   Przez kilka godzin siedziałem na ledwie trzymającym się kupy, łóżku i błądziłem palcami wzdłuż szwu, który nie wiadomo z jakich przyczyn pojawił się z tyłu mojej głowy.
   W wolnym czasie usiłowałem sam dojść do tego, co mi zrobiono. Chciałem wyłapać jakieś zmiany, który mogły zajść w moim organizmie. Jednak tak naprawdę nic się nie zmieniło. Pamiętałem, wszystko to co powinienem był pamiętać, słyszałem ludzkie myśli tak jak wcześniej, no może ton ciszej, ale poza tym nic się nie zmieniło. 
   - Tak tego nie rozgryziesz Harry- mruknąłem sam do siebie, po czym zamknąłem powieki, a gdy jedynym obrazem jaki widziałem była czerń, zanurzyłem się w myślach dziewczyny, która również została za coś zamknięta w swojej celi. 
   Jak się okazało brunetka postanowiła nieco inaczej wykorzystać dany jej czas. 
   - "Gdzie ta żyletka"- powtarzała cały czas, a przysunąwszy uszy do ściany, usłyszałem nerwowe kroki po drugiej stronie.- "Szafa, właśnie tak..."- dorzuciła po chwili, uradowana. 
   Osobiście byłem przeciwny takiemu zachowaniu u kogokolwiek. Spojrzałem na swoje ręce, na których zostały ślady, po czasach, kiedy sam zadawałem sobie ból w tak dziecinny i nieodpowiedzialny sposób. 
   Minuty mijały, a we mnie wzrastała chęć zapalenia papierosa. Mój organizm wręcz prosił się o odpowiednią dawkę nikotyny, która mogłaby rozpłynąć się po moim organizmie niczym miód łagodzący wszystkie rany. Przypomniałem sobie, że mam gdzieś ostatnią paczkę papierosów, tę którą ukradłem któremuś z ochroniarzy. Chęć zapalenia okazała się tak ogromna, że w jednej chwili zerwałem się na równe nogi, co spowodowało, że w mojej głowie nieco się zakręciło, jednak mimo wszystko zacząłem przekopywać wszystko co stanęło mi na drodze, dopóki nie dotarłem do jedynej szafy. Okazało się, że i ja i dziewczyna z celi obok mamy to samo miejsce, na nasze poprawiacze nastroju. Ową skrytką był tył dolnej półki szafy. Uradowany wyciągnąłem paczkę i wyciągnąłem z niej jednego papierosa i zapalniczkę. 
   Jeszcze nigdy dotąd nikotyna nie działała na mnie tak uspokajająco.  


***

   - Śniadanie- ze snu wyrwał mnie stukot w drzwi mojej celi. Wiedziałem, że jeśli się teraz nie podniosę i nie wezmę tych pieprzonych kanapek, osoba, po drugiej stronie metalowej płyty nie da mi żyć.
   Przeciągnąłem się, po czym zaspanym krokiem ruszyłem w stronę, z której cały czas dochodziło głośne stukanie. W jakże krótkiej drodze do drzwi, poczułem niemiły zapach, który pochodził ode mnie.
   - Hej. Mam prośbę- zacząłem, gdy tylko ujrzałem przed sobą dziewczynę. Tę samą blondynkę, którą wczoraj potraktowałem dosyć niestosownie, przygwożdżając ją do ściany. Miałem nadzieję, że zdążyła już o tym zapomnieć.  
   - Przykro mi, ale nie jestem upoważniona do spełniania zachcianek pacjentów- odburknęła, zaciskając mocniej palce na plastikowej tacy, którą kurczowo trzymała w dłoniach. 
   - Jeszcze nie wiesz o co chodzi. Proszę jedna, mała przysługa- posłałem jej miły uśmiech, jakby nigdy nic się nie stało. 
   - Nic nie obiecuję. 
   - Chciałbym wziąć prysznic. Najlepiej teraz- odparłem, nie odrywając wzroku od jej zielonych odrobinę wystraszonych oczu. 
   - Pora na kąpanie jest...
   - Wieczorem. Tak wiem. Wiem też, że spędziłem tydzień w śpiączce o którą się wcale nie prosiłem. Czy tak trudno spełnić jedną, głupią prośbę?- przez chwilę wahała się nad tym co zrobić, usłyszałem to w jej myślach. 
   - Dobra chodź- mruknęła w końcu i pozwoliła mi wyjść z mojej celi. 
   - Chciałbym przeprosić za wczoraj- zacząłem, gdy zapadła między nami cisza.- Nie byłem sobą. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe- czuła się nieswojo w moim towarzystwie, co próbowała mi uświadomić.- Nie bój się, bo mi głupio. 
   - Wiem, że robię coś, czego nie powinnam robić, to dlatego się boję- oznajmiła cicho, gdy dotarliśmy do łazienek. 
   - Wchodzisz ze mną?- spytałem, otwierając drzwi, a moje brwi same podsunęły się ku górze. 
   - Nie, nie- gwałtownie pokręciła głową, wprawiając w ruch kręcone włosy.- Tylko się pośpiesz- mruknęła i wepchnęłam mnie niemalże do środka. 
   Łazienka z prysznicami w całym zakładzie była tylko jedna i to mieszana. Ta sama dla kobiet i mężczyzn.  A sześć natrysków na blisko pięćdziesiąt osób stanowiło absurdalne warunki, pomijając brak gorącej wody. Jednak teraz marzyłem o tym, by po prostu poczuć kojący dotyk wody z domieszką szarego mydła na swoim ciele. Ciepło łaskotało moje ciało, a mój umysł miał chwilę na relaks. 
   - Pośpiesz się- gdy spłukiwałem włosy, do moich uszu doszło łomotanie do drzwi. Tak się zatraciłem w kąpieli, że zapomniałem nie dość o tym gdzie jestem i co się ze mną dzieje.
   - Dwie minuty- odkrzyknąłem i zakręciłem wodę. 
   Szafka, w której powinny być ręczniki świeciła pustkami, więc nie pozostało mi nic innego jak wytrzeć swoje mokre ciało koszulką. Po chwili ubrany jedynie w dziurawe na kolanach spodnie wyszedłem z łazienki. 
   - Gdzie twoja koszulka?- spytała dziewczyna, która starała się wpatrywać we wszystkie możliwe punkty, poza moim, nagim torsem. 
   - Tutaj- pomachałem jej przed nosem bluzką, z której wciąż kapała woda.- Mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę?- spytałem, jednocześnie robiąc przy tym maślane oczy. 
   - Nadużywasz mojego zaufania. 
   - To nic wielkiego. Pilnie potrzebuję rozmowy z tutejszym psychologiem- odparłem.- To bardzo ważne dla mnie- dodałem, a w związku z tym, że gabinet Maisona był niedaleko, dziewczyna po raz drugi mi uległa.- Dzięki, mam u ciebie dług- rzuciłem do niej na odchodne i wszedłem do gabinetu. 
   - Dzień dobry w czym... Harry, co tu robisz?- spojrzał na mnie znad papierów, w których był najwidoczniej zatracony. 
   - Chcę porozmawiać- oznajmiłem, zamykając za sobą drzwi, za którymi zostawiłem blondynkę, której myśli jeszcze docierały do mojej głowy. 
   - Nie jestem uprawniony do mówienia ci niczego, dotyczącego twojego zabiegu- zaczął zsuwając z nosa swoje okulary z dużymi szkłami, mówił tak jakby sam potrafił czytać w moich myślach. 
   - Ale ja chcę do cholery wiedzieć co się stało z moim ciałem- warknąłem. 
   - Harry, mogę ci jedynie zagwarantować, że nikt nie zrobił ci krzywdy- taka odpowiedź, nie była dla mnie nawet w najmniejszym stopniu zadowalająca. 
   - Wal się- burknąłem oburzony i podniosłem się z miejsca. 
   - Harry.
   - Co?
   - Nie kładź się dzisiaj spać- szepnął.-"Mam w gabinecie podsłuch, ale wiem jak ci pomóc"- dodał już w myślach, a mi serce zabiło szybciej. 
   - Brzmi ciekawie- burknąłem na odchodne i opuściłem gabinet, pozostawiając w nim mężczyznę, który jakby nigdy nic wrócił do swojej papierkowej roboty. 
   Nadszedł już czas, w którym wszyscy pacjenci opuszczali swoje cele i wędrowali własnymi ścieżkami, które prowadziły każdego z nich w inne miejsce. Kiedy szedłem w stronę jadalni usłyszałem ciche łkanie, dochodzące zza drzwi damskiej toalety. Nie wiem, co mnie sprowokowało do wejścia tam, ale gdy się obejrzałem stałem już naprzeciw popękanych, białych umywalek i zbitych luster. 
   - Cześć- powiedziałem, a dziewczęcy płacz w jednej chwili ucichł.- Wiem, że tu jesteś- zacząłem iść w kierunku kabin, przed którymi się zatrzymałem. 
   - Czego chcesz?!- usłyszałem niski, znajomy głos, dziewczyny która wczorajszego wieczoru kaleczyła swoje ciało w sąsiedniej celi.
   - Wszystko okay?- odpowiedziałem pytaniem, na pytanie. 
   - Nic nie jest okay- burknęła, a po chwili drzwi jednej z kabi uchyliły się, a w ich progu stanęła znajoma, tajemnicza brunetka. Jej załzawione oczy, musiały wskazywać, na to, że jeszcze niedawno płynęły z nich ciurkiem łzy.
   - W takim razie mamy coś ze sobą wspólnego- rzuciłem, posyłając jej ledwie widzialny uśmiech.- Chcesz porozmawiać?- zmieniłem temat, a dziewczyna otworzyła szerzej swoje oczy, a następnie usiadła na kaflach, nie minęło dużo czas, a dołączyłem się do niej. Siedzieliśmy przez chwilę wpatrując się w siebie. 
   - Chcę się stąd wydostać- mruknęła, a jej wzrok spoczął na jednej z niedomytych kafelek. 
   - Jak chyba każdy w tym miejscu. 
   - Dlaczego tu wszedłeś? To przecież damska łazienka. 
   - Chyba dlatego, że potrzebuję rozmowy, takiej prawdziwej rozmowy. Szczerej, w którą ktoś zechce się wsłuchać.  
   - Nie wybrałeś dobrze- jęknęła pod nosem, pociągając nosem. 
   - Tu się mylisz. Zdążyłem dowiedzieć się o Tobie już bardzo dużo. Chyba wszystko, co powinienem wiedzieć, no poza twoim imieniem. 
   - Jo. To moje imię- wyglądała jakby chciała się uśmiechnąć, ale coś ją od tego powstrzymywało.- Przecież nie rozmawialiśmy nigdy dłużej niż pół minuty, skąd możesz wiedzieć jaka jestem? 
   - Masz swoje lokum tuż obok mojego.
   - I co w związku z tym? Nie mówię sama do siebie, w nocy nie sypiam, więc przez sen też nic nie wydostaje się z moich ust. 
   - Ale myślisz. Nawet bardzo dużo, w porównaniu do innych pacjentów. Możesz mi nie uwierzyć, ale słyszę myśli innych. To właśnie powód, dla którego mnie tu wsadzili- patrzyła na mnie z niedowierzaniem i lekko rozchylonymi ustami. 
   - To dlatego wiedziałeś o moim chomiku- odparła, a ja tylko skinąłem głową na tak.- Słyszysz wszystko i wszystkich?- nie spodziewałem się, że przyjmie tę informację tak normalnie.
   - Właśnie tak- odpowiedziałem krótko, zakładając mokry kosmyk włosów za ucho. 
   - To niesamowite...
   - Nie. W tym miejscu nic nie jest niesamowite. To co plączę się w twojej głowie jest przyjemnością dla mojej, w porównaniu z myślami innych w tym budynku. Ludzie tutaj mają kilkukrotnie większe problemy ze swoją wyobraźnią, bądź psychiką od nas- wyjaśniłem. 
   - To dlatego nie było cię przez tydzień? 
   - Nie jestem pewien, ale chyba tak. A blizna którą mnie obdarzono, chyba tylko może to potwierdzić- odwróciłem się do niej na chwilę tyłem, by móc pokazać jej szew widniejący z tyłu mojej głowy.- Słuchasz mnie- mruknąłem w pewnym momencie, słysząc jej myśli, w których to analizowała każde z moich słów. 
   - I mam nawet kilka pytań. 
   - Z chęcią odpowiem. 
   - Zawsze słyszałeś myśli innych? 
   - Kiedyś słyszałem tylko te, należące do moich rodziców i siostry. 
   - Z czasem to się pogłębiło? 
   - Dokładnie tak, a mianowicie kiedy Anna umarła- na samą myśl o swojej starszej siostrze przeszły mnie ciarki.- Miałem wtedy piętnaście lat...
   - Nie musisz opowiadać- weszła mi w słowo. 
   - Ale chcę. Zrobisz mi przysługę jeśli tego wysłuchasz- posłałem w jej kierunku niemrawy uśmiech i przeniosłem się w czasie, do wydarzeń sprzed trzech lat.- Była ode mnie o dwa lata starsza...- przerwałem na chwilę by wziąć głębszy oddech.- Na zewnątrz była piękna pogoda, a my graliśmy w piłkę w ogrodzie. W pewnym momencie, gdy rzucałem do niej, niespodziewanie poślizgnęła się na mokrej po deszczu trawie i upadła prosto na wystający korzeń drzewa, który był na tyle ostry, by rozciąć jej ramię. Rana, która pojawiła się na jej ciele nie wyglądała dobrze, mimo że ona twierdziła, że wszystko jest w porządku. Zawinęła tylko skaleczoną rękę w chustkę i kontynuowaliśmy zabawę. Wszystko było dobrze, do czasu, gdy nie nastała noc. Leżeliśmy już w łóżkach, w dwóch sąsiadujących ze sobą pokojach. Pamiętam, że tamtego dnia nie mogłem zasnąć, przez moją głowę przelatywały niepokojące myśli. W końcu coś mnie natknęło, na to by iść sprawdzić co z siostrą- przystanąłem na chwilę w mówieniu, by otrzeć łzę, która samotnie wypłynęła z mojego oka.- Przyszedłem za późno. Zakażenie zdążyło dostać się już do jej słabnącego serca. Nie było szans na ratunek. Po pogrzebie, na który nie byłem w stanie się udać, zamknąłem się w sobie. Przez blisko pół roku nie było ze mną prawie żadnego kontaktu. Ale za to narastały  w mojej głowie te wszystkie myśli innych, którzy się o mnie tak martwili. Jednak to zamiast mi pomóc tylko pogarszało całą tę sytuację. Wyszedłem z tego po roku, jednak nie byłem już taki jak wcześniej, moi rodzice sobie ze mną nie mogli poradzić. Zacząłem ćpać, pić. Stałem się opryskliwy i jak tylko mogłem wykorzystywałem swoją umiejętność, uprzykrzając innym życie. Dlatego mnie tu wsadzili, nie obcy ludzie, tylko moi właśni rodzice. A ostatnie słowa jakie padły z ich ust brzmiały:"Nie my już nie mamy dzieci" Po prostu się mnie wyrzekli- zakończyłem i spojrzałem na dziewczynę, która wpatrywała się we mnie takimi oczami, jakby zaraz miała się rozpłakać. Sam ledwo się od tego powstrzymywałem, moje ręce trzęsły się jakbym miał Parkinsona, a serce waliło jak stary, potężny dzwon. 
   - Nie wiem co powiedzieć. Jak inni na to zareagowali, na tę historię?
   - Jesteś jedyną osobą, której powiedziałem całą prawdę...- wtem drzwi łazienki się otworzyły, a zza nich wyłoniła się postać niskiej, wychudzonej dziewczyny. 
   - Spierdalaj- warknąłem w kierunku nieproszonego gościa, a dziewczyna tak szybko jak weszła do łazienki, tak szybko z niej uciekła. 
   - Jest mi głupio. Żałuję, że cię tak potraktowałam kilka dni temu. 
   - Miałaś powody, ja też nie zachowałem się mądrze. Poza tym nie miałaś o niczym pojęcia. Miałaś kiedyś zapalenie nerek?- palnąłem nie stąd ni zowąd. 
   - Nie, a co?
   - Jak będziemy dalej siedzieć na tej ziemi, zapalenie mamy gwarantowane- powiedziałem, a dziewczyna zerwała się na równe nogi. 
   Chciałem coś powiedzieć, ale nie pozwolił mi na to alarm, który zaczął piszczeć na korytarzu. 
   - O co chodzi?- spojrzała na mnie pytająco. 
   - Alarm w tym miejscu, może oznaczać tylko problemy. Lepiej chodźmy- przepuściłem ją w drzwiach i oboje wyszliśmy na korytarz. 
_____________________________________________________________
   Miał być w piątek jest dzisiaj, mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe :) 
Tak mnie natknęły wasze komentarze do dalszego pisania, że postanowiłam wam za nie podziękować, publikując rozdział. Jednocześnie kolejny najprawdopodobniej pojawi się w sobotę :)
   W następnym rozdziale szykują się niespodzianki :) 
Liczę na szczere, motywujące mnie do dalszej pracy komentarze z waszej strony, a nowych czytelników zapraszam do dodawania się do Informowanych. Odnośnik w prawym górnym rogu strony. 
Pozdrawiam serdecznie xxx

piątek, 7 marca 2014

~ 3 ~

 Takiego Harrego u mnie
jeszcze nie było, ale mimo
wszystko mam nadzieję, że wam 
się spodoba
Miłego czytania
A jeśli już przeczytasz
Skomentuj, twoja opinia
naprawdę jest dla mnie ważna :)  

  - Okropieństwo. Sprzątaliście tu kiedykolwiek?- spytałem, rozglądając się dokładnie po pomieszczeniu, do którego mnie zaciągnięto.
   Gdzie się człowiek nie spojrzał, wszędzie na przedmiotach zalegały warstwy kurzy, gdzieniegdzie zlepionym z innymi nierozpoznawalnymi przeze mnie substancjami. A do tego plamy krwi na ścianach, jakby ktoś walił w nie głową, dopóki ta nie dozna urazu. Na środku stał stabilny fotel, niczym z gabinetu stomatologicznego sprzed pięćdziesięciu lat, urozmaicony w kajdanki.
   - Na fotel- oschłe warknięcie, kobiety doszło do moich uszu.
   - Co będziecie mi badać tym razem?- mruknąłem, podchodząc do urozmaiconego i zarazem przerażającego krzesła. 
   - Głowę, panie Styles- zbliżyła się do mnie, kiedy usiadłem na fotelu, którego sprężyny, przedzierające się przez materiał, wbijały się w moje plecy. Nie musiałem długo czekać, aż kobieta przypnie moje nadgarstki do krzesła. Zimno bijące z metalu, który zawęził się na mojej skórze, spowodował niemiły dreszcz, który przemknął wzdłuż mojego ciała. 
   - A na czym ma polegać owe badanie?- spytałem, gdy kobieta pochyliła się nad szufladą, którą przed sekundą odsunęła. 
   - Za dużo ma pan pytań- wróciła do mnie z chytrym uśmiechem na twarzy i strzykawką w ręku.- To będzie, krótkie ukucie. Nic nie poczujesz- odparła, przysuwając mi igłę do nagiej skóry na wysokości ramienia. 
   - Chcę wiedzieć co pani mi wstrzykuje...- uniosłem się, gdy poczułem jak igła powoli zanurza się w głąb mojego ciała. Nie dostałem żadnej odpowiedzi, co zaczęło mnie niepokoić.- Co to jest do cholery?!- wydarłem się, gdy poczułem jak tracę władzę w prawej ręce, w którą dostałem zastrzyk. Ciecz, która została mi podana przed sekundą, odebrała mi czucie w całym ciele. Najgorsze nastało, gdy chciałem mrugnąć. Co prawda moje oczy się zamknęły, ale już nie byłem w stanie ich z powrotem otworzyć.            

***

   Widziałem ciemność, nie słyszałem nic, ale za to ból który czułem, rozsadzał moją czaszkę od środka. Chciałem wrzeszczeć, drzeć się jak małe dziecko z bólu, ale nie mogłem. Bowiem moje usta były tak ciężkie, że nie byłem w stanie nawet lekko ich otworzyć. Tak naprawdę każda część mojego ciała wydawała mi się o kilkanaście kilogramów cięższa, niż normalnie. 
   W jednej chwili coś rozbłysło przed moimi oczami. Jasne światło bijące po moich ślepiach spowodowało, że widziałem tylko otaczającą mnie biel. Ból głowy na chwilę ustał. Kiedy obraz przed moimi oczami stawał się stopniowo wyraźniejszy. Okazało się, że byłem w miejscu do tej pory mi nieznanym. Z trudem przekręcałem głowę na boki, by móc jak najwięcej dostrzec. Wokół były gołe ściany, koloru brudnej bieli, w jednym z rogów pomieszczenia stała przeszklona szafka, ale była tak zakurzona, że nie byłem w stanie dojrzeć jej zawartości. Jedynym plusem, był brak jakiegokolwiek smrodu, ale to być może ja, po prostu nic nie czułem.
   Wciąż, nie byłem świadomy tego, gdzie jestem i co się ze mną działo. Podniosłem się z łóżka i po sekundzie znowu na nie opadłem, pod wpływem zawirowania, które nawiedziło moją głowę, do której powrócił ból. Wziąłem kilka głębokich wdechów i ponowiłem próbę postawienia swojego ciała do pionu. Tym razem próba okazała się moim sukcesem, pomimo tego, że jakieś zawirowania znowu się pojawiły. 
   - Nie powinieneś jeszcze wstawać- zabrzmiał cichy, kobiecy głos, który uświadomił mi, że wszystko jest w porządku z moim słuchem. W chwili, gdy zobaczyłem drobną, blond dziewczynkę stojącą nieopodal mnie, poczułem przypływ niekontrolowanej energii. 
   W mgnieniu oka podskoczyłam do niej, zaciskając pięść na przedzie jej fartucha i z całych sił przygwoździłem ją do ściany. O moje uszy obiło się ciche piśnięcie, które wyleciało z jej ust. 
   - Co mi zrobiliście?!- warknąłem, wlepiając wzrok w jej przestraszone oczy.- Co mi kurwa zrobiliście?!- mój głos przerodził się w krzyk, po tym jak nie dostałem odpowiedzi na swoje pytanie. 
   Trzęsła się jak galaretka, ale nie interesowało mnie to w tym momencie. Tak naprawdę miałem to głęboko w poważaniu. Nie liczyłem się nawet z tym, że mogę zrobić jej krzywdę. 
   - Adrenalina- jęknęła cichutko, prawie w ogóle nie otwierając ust. 
   - Co adrenalina?!- mocniej zacisnąłem pięść na białej powierzchni materiału i uniosłem rękę ku górze, w taki sposób, że stopy dziewczyny oderwały się od powłoki. 
   - Proszę, nie rób mi krzywdy- zaczęła szeptać przez łzy, które spływały po jej śniadych policzkach. 
   - Pierw odpowiedz na pytanie!
   - Kazano mi wstrzyknąć tobie adrenalinę, która miała wybudzić cię ze śpiączki w jaką zapadłeś po zabiegu- powiedziała, nie przestając płakać. 
   - Jaki zabieg?- kolejne pytanie opuściło moje usta. 
   - Nie wiem- odpowiedziała. 
   Zacisnąłem żeby i wypuściłem jej fartuch z ręki. Dziewczyna, upadła na kolana i nie podnosząc się z ziemi, przysłoniła twarz drżącymi rękoma i zaczęła chlipać. W tym czasie moje serce zaczynało nieco się uspokajać. Przejechałem jeszcze dokładnie wzrokiem po pomieszczeniu, a gdy nie rzuciło mi się nic co mogłoby mnie zainteresować, podszedłem do drzwi. 
   Dopiero gdy wyszedłem na korytarz i spotkałem się ze spojrzeniami skierowanymi w moją stronę, uświadomiłem sobie w co zostałem odziany. Miałem na sobie długą, białą koszulę, identyczną do tych, które dostają pacjenci miejskich szpitali. Tylko cienki materiał okrywał moje ciało. Moje stopy natomiast, pozbawione obuwia, czy nawet skarpet stykały się bezpośrednio z zimną posadzką. 
   - "Nie umarł"
   - "Co on tu robi" 
   Tego typu słowa obijały się o moją głowę. Jednak wydawały się znacznie cichsze niż kilka dni temu. Musiałem się dobrze wsłuchać, aby wyłapać jakąś dłuższą wypowiedź, wypowiadaną, przez przypadkową, mijającą mnie osobę. 
   - Żyjesz? Eh...- po chwili spotkałem się z wypowiedzianymi na głos słowami, dziewczyny stojącej kilka metrów za moimi plecami. 
   - Czemu miałbym, nie żyć?- mruknąłem, odwracając się o 180 stopni, po czym stanąłem twarzą w twarz z brunetką, z którą próbowałem nawiązać kontakt zanim, zaprowadzono mnie na rzekome badania. 
   - Nie widziałam cię od przeszło tygodnia, byłam pewna, że popełniłeś samobójstwo- oznajmiła, nieco spokojniejszym głosem, niż ten, z którym było mi dane spotkać się ostatnim razem. 
   - Chciałabyś mojej śmierci?- burknąłem, unosząc brwi. 
   - Mam to gdzieś- odparła i z obojętnością na twarzy, zaczynała się oddalać ode mnie, pozostawiając mnie w kropce. 
   Miałem coś ważniejszego do zrobienia, niż pójście za nią. Musiałem jak najszybciej dowiedzieć się, co się ze mną działo przez ostatnie kilka dni i jakiemu zabiegowi mnie do cholery poddano. 
   - Ej ty!- wiedziałem, że moje swobodne chodzenie, bez związanych nóg po zakładzie, nie mogło długo trwać. 
   - Uciekać? Nie uciekać? Uciekać- wymruczałem pod nosem i rzuciłem się biegiem w głąb wąskiego korytarza. 
   Jak się okazało bieganie w długiej koszuli, niczym w sukience, nie należało do najprzyjemniejszych doznań, jakie spotkały mnie w życiu. Jednak mimo wszystko, sama ucieczka, przed jednym z sapiących po dwóch minutach biegu, ochroniarzem, była niesamowita. A dodatkowa adrenalina, tylko dodawała mi siły. Skręciwszy w najbliższy korytarz, wbiegłem w pierwsze drzwi, które udało mi się otworzyć, po czym zamknąłem się we wnętrzu pokoju, w którym się znalazłem. 
   Szybko odszukałem włącznik światła, dzięki któremu, ciemne dotąd pomieszczenie, rozświetliło się w ułamku sekundy. Znalazłem się w jakimś gabinecie, bodajże gabinecie przełożonej całego ośrodka, na co mogło wskazywać ogromne biurko, pełne papierów, telefon stacjonarny i wyjątkowo wygodny fotel, na który nie każdy mógł sobie pozwolić. Nawet Maison, który był ceniony przez wszystkim, spędzał godziny na krześle obitym starą wykładziną. 
   Rzuciłem spojrzenie w kierunku, drzwi, by upewnić się, że na pewno zostały one przeze mnie zamknięte, a następnie podszedłem do biurka, siadając na fotelu. Wertowałem papiery, w nadziei, że natknę się na coś pomocnego, dzięki czemu dowiem się co robili ze mną ostatnimi dniami. Pierwsze dziesięć kartek okazało się być aktami zgonów sprzed kilku tygodni. Inne dotyczyły nowo-przyjętych, a pozostałe były rachunkami. Nic o ostatnich zabiegach, bądź badaniach. W szufladach też wiało pustką. 
   - "Dom wariatów, po prostu dom wariatów"- usłyszałem jęczenie, przełożonej, która zbliżała się do swojego gabinetu. 
   - O kurwa- zakląłem pod nosem i zasunąłem szufladę, w której przed momentem zanurzałem własne dłonie.
   Pierw zobaczyłem poruszającą się klamkę, jednak gdy drzwi ani drgnęły, do moich uszu doszedł dźwięk, przekręcania klucza w zamku, po czym solidne, drewniane drzwi zaczęły się otwierać. Wziąłem głęboki wdech i postanowiłem zmierzyć się oko w oko z kobietą. Największą jędzą, jaką było mi dane spotkać w ciągu ostatnich kilkunastu lat. 
   - Dzień dobry- powiedziałem, gdy ukazała mi się w całości postać zdziwionej kobiety. Matilda, bo tak brzmiało imię starej jędzy. Jej siwe już włosy, zawsze upięte w koka, szpeciły tylko jej wyjątkowo brzydką i pomarszczoną twarz. Tak naprawdę wyglądała jak alkoholiczka, palaczka i choleryczka w jednym ciele. A do tego jej blade, zielone oczy, zawsze patrzące w taki sposób, jakby chciały rozerwać każdego napotkanego na strzępy. 
   - Co tu robisz smarkaczu?!- warknęła wchodząc do gabinetu. Jej oczy, cały czas wpatrywały się w moją twarz. 
   - Chciałem porozmawiać- palnąłem, pierwsze co nasunęło mi się na język. 
   - Dlatego zamknąłeś się w moim gabinecie?- prychnęła.
   - Właśnie tak, chciałem porozmawia na osobności- dyskretnie podszedłem do, drzwi, których Matilda nie zamknęła i je domknąłem.- Od razu przejdę do rzeczy- posłałem jej najsroższe spojrzenia, na jakie było mnie stać.- Co mi zrobiłaś?- warknąłem, krótko i na temat. 
   - To nie twój interes smarkaczu. 
   - Z tego co mi wiadomo, moje ciało to mój interes, a wy nie macie dostępu do niego. To chyba jasne. 
   - Mylisz się. Skończyłam rozmowę- odparła oschle i wcisnęła czerwony guzik widniejący na jej zawalonym biurku. 
   - Proszę odprowadzić pacjenta do jego pokoju- mruknęła spode łba do wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny, który pojawił się w progu drzwi. 
   - Nie odpuszczę tak łatwo- wrzasnąłem przez ramię, kiedy ochroniarz siłą wyciągał mnie z pokoju.- Jeśli coś mi zrobiłaś, obiecuję, że nie daruję ci tego- dodałem zanim zamknęły się drzwi. 
____________________________________________________________
    
   Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, jesteście wielcy dla mnie <3
Mam nadzieję, że spodobał wam się ten rozdział i będziecie na tyle mili, żeby skomentować :)
Dla was to minutka roboty dla mnie milutki gest :) 
Następny rozdział w piątek o 17. :)  
Ps. Po prawej stronie możecie dodawać się do informowanych i oglądać zwiastun. 

poniedziałek, 3 marca 2014

~ 2 ~

    Tak na wstępie krótka informacja
Po prawej stronie możecie 
wpisywać się do informowanych, a także
zadawać pytania na moim asku :)
Póki co to tylko tyle. Życzę miłego czytania.
I serdecznie proszę o pozostawienie 
jakiejś opinii :)  

 Siedziałem oparty plecami o zimną ścianę, nasłuchując się rozmowie, którą prowadzono tuż za drzwiami, których specjalnie nie domknąłem, by mieć znacznie lepszą słyszalność. Jednak jak się pokrótce okazało, nic co mogło wydać mi się interesujące, nie pojawiło się w rozmowie tej dwójki. W pewnym momencie niewiele dzieliło mnie od poczucia na swoim ciele ciężkich drzwi, które z ogromną siłą leciały prosto na mnie, pchnięte przez dziewczynę, wychodzącą z gabinetu. W ostatniej chwili udało mi się odskoczyć na bok, a metalowa klamka wbiła się niewidocznie w ścianę, o którą jeszcze sekundę temu się opierałem. 
   - Nie szalej tak- warknąłem na nią, na co w odpowiedzi otrzymałem piorunujące spojrzenie, z piekła rodem, które momentalnie spowodowało, że usta same mi się zamknęły. 
   - Harry. Zapraszam do środka- wtrącił Maison, a ja ostrożnie, nie odrywając oczu z twarzy tajemniczej dziewczyny, podniosłem się na równe nogi i wszedłem do gabinetu, zamykając za sobą drzwi, które ledwo wisiały w starych, jęczących zawiasach. 
   - Co to za potwór?- spytałem, po tym jak zająłem miejsce na kanapie, która okazała się o wiele wygodniejsza od betonowych płyt, z których wykonane zostały podłogi na korytarzach ośrodka. 
   - Bardzo nietypowy przypadek- oznajmił, kręcąc głową na boki, co wprawiło w ruch wiszące na szyi mężczyzny okulary korekcyjne z grubymi szkłami. 
   - Tak nietypowy jak mój?
   - Nie. Ty jesteś nietypowy w innym znaczeniu, nosisz w sobie coś co czyni cię nietypowym, natomiast ona sama wypracowała swoją nietypowość- wyjaśnił, a ja powoli zaczynałem plątać się w jego słowach, które w mojej głowie kolidowały z myślami ludzi, którzy przechadzali się pobliskim korytarzem.- Coś nie tak?- spytał, kiedy ja wsadziłem głowę między kolana, które wcześniej podciągnąłem pod brodę. 
   - Mam już cholernie dosyć tego miejsca- zacząłem, przełknąwszy ślinę.- Ci ludzie nieświadomie mnie zabijają. Chcę stąd wyjść, z tego przeklętego budynku- czułem się jakbym mówił sam do siebie. 
   - Myślisz, że poza murami tego ośrodka, będzie ci lepiej?- wtrącił mężczyzna, a ja otworzyłem oczy, by móc spojrzeć mu w oczy. 
   - Spędziłem tam osiemnaście lat swojego życia, jeśli nie uważałbym tamtego świata za lepszy, nie powiedziałbym tego co przed chwilą powiedziałem. To oczywiste- burknąłem chowając twarz w dłoniach, by móc wyobrazić sobie wszystko, co kryło się po drugiej stronie murów psychiatryka. Kolorowe parki z przeważającą zielenią, spacerujących po nich ludziach z uśmiechem na twarzy. Zakochanych, którzy nie widzieliby świata poza sobą, dzieci biegające wokół swoich rodziców. Staruszków, którzy cieszyli się życiem na emeryturze. Tamten świat tak bardzo odbiegał od tego, w którym przyszło mi teraz funkcjonować. 
   Tutaj nigdy człowiek nie był w stanie dostrzec czyiś uczuć związanych z miłością, radością. Pośród tych zimnych murów wiecznie panował strach, niepewność, a wszystko podkręcali ludzie, zwani pacjentami, chociaż ja uważam, że bardziej pasowałoby- więźniowie. Wielu z nich nie wytrzymywało tego rygoru i znajdowało wyjście z całej tej sytuacji. Najmniej słuszne rozwiązanie problemu, na jakie było kogokolwiek stać. Bo śmierć to nie rozwiązanie problemów, tylko najłatwiejsza ucieczka od nich.
   - Harry...- z rozmyśleń, które na chwilę mną zawładnęły, wyrwał mnie chrapliwy głos Maisona.
   - Muszę iść- burknąłem ni stąd, ni zowąd i momentalnie podniosłem się do pionu i zacząłem maszerować w kierunku wyjścia, a w pomieszczeniu rozległ się głos łańcuchów, którymi związane były moje nogi. 
   - Chyba nie skończyliśmy- zatrzymał mnie słowami. 
   - Owszem skończyliśmy- rzuciłem przez ramię i wyszedłem z gabinetu, trzaskając za sobą drzwiami, które odbiły się od framugi i znowu się otworzyły niemalże na oścież. 
   Moja myśl o ucieczce z tego miejsca zawładnęła moją głową chyba na dobre. Miałem też pewien plan w zanadrzu, w którym jedna osoba z zakładu musiała mi nieco pomóc. Moje nogi zaprowadziły mnie prosto do jadalni, w której znalazłem, tego, którego potrzebowałem. 
   Przy jednym ze stołów, siedział starszy mężczyzna o imieniu Joachim, który jak co dzień samotnie grał w szachy. Przedarłem się między stolikami, by na chwilę zająć miejsce obok Joachima, który na początku w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi, tylko przesuwał swoją królową po polach. Jednak jego myśli zdradzały to, że jest świadom tego, że się dosiadłem w jakiejś sprawie, na którą nie mógł wpaść, jednak nie miał także zamiaru pierwszy się odezwać.
   - Potrzebuję twojej pomocy- zacząłem, jednocześnie układając sobie w myślach dalszą część mojej wypowiedzi. Po moich słowach Joachim, nawet nie zerknął w moim kierunku.
   - "Mów"- jak się spodziewałem, odpowiedział w nieco inny sposób. Taki, że tylko ja mogłem to usłysze
ć. 
   - Muszę się wydostać z tego budynku i wiem, że ty możesz mi w tym pomóc- powiedziałem, nie owijając w bawełnę, a mężczyzna spojrzał na mnie swoimi bladoniebieskimi, przekrwionymi oczami.
   Kilka razy słyszałem plotki, że kilku więźniów dzięki pomocy właśnie Joachima zdołało wydostać się poza bramę zakładu. Teraz moja cała nadzieja leżała w rękach faceta z niemałymi zaburzeniami psychicznymi. 
   - Mylisz się Henry- szepnął, tak cicho, że musiałem pochylić się w jego stronę, aby być w stanie wyłapać te trzy, niezadowalające mnie słowa. 
   - Harry, nie Henry- uświadomiłem go, ale jak się okazało, moje słowa spłynęły po nim bez znacznie.- Wiem, że byli ludzie, którzy dzięki tobie wydostali się z tego piekła, więc czemu nie pomożesz i mnie?- podniosłem nieco ton. 
   - Patrzy się na ciebie- zmienił temat, który zbił mnie z tropu. 
   - O kim mówisz Joachimie?- spytałem, rozglądając się po pomieszczeniu. 
   - Ta nowa. Patrzy się na ciebie- dodał, a ja spojrzałem w tym samym kierunku, w którym patrzył mężczyzna.
   Miał rację. Dziewczyna, która o mały włos nie zmiażdżyła mnie drzwiami, stała teraz w rogu, oparta o ścianę. Jej oczy były skierowane w naszą stronę, ale wydawały się jakieś, takie puste, bez żadnego wyrazu.
   - Mniejsza o to- prychnąłem, odwróciwszy od niej wzrok.- Wróćmy do naszego tematu.
   - Ona pomoże ci rozwiązać twój problem synu- odparł, przewracając wszystkie pionki, którymi wcześniej grał. 
   - Nie chrzań głupot, jak niby ona ma mi pomóc?- spytałem, skierowawszy wzrok ponownie w stronę dziewczyny, która teraz bawiła się swoimi długimi, ciemnymi włosami. Czekałem na odpowiedź, na zadane przed chwilą pytanie, jednak się na nie, nie doczekałem, bo Joachim po prostu zniknął, zauważyłem go dopiero jak przekraczał próg jadalni. 
   - Zaraz- mruknąłem do siebie i zerwałem się z miejsca, po czym koślawym biegiem, na jaki było mnie stać w odzianych w łańcuchy nogach, ruszyłem za mężczyzną.- Joachim! Poczekaj. Powiedz mi chociaż jak mam się wobec niej zachować?- krzyknąłem za nim. 
   - "Zdobądź jej zaufanie Harry"- odpowiedział mi w myślach. 
   - Nie ma co pomocny z ciebie człowiek- prychnąłem i wróciłem do jadalni, przykuwając do siebie wzroki kilku ze zgromadzonych tam. 
   - "Idź stąd"- te dwa wyrazy co chwilę huczały w mojej głowie, jednak starałem się nie zwracać na to uwagi, co przyczyniło się do tego, że większość ludzi albo zaczęło na mnie wrzeszczeć i wyzywać od mutantów, albo po prostu uciekło z pomieszczenia, które w jednej chwili prawie zupełnie opustoszało.
   Nigdy nie byłem agresywny, nie robiłem im krzywdy, a oni i tak omijali mnie wielkimi łukami, z towarzyszącym im niekiedy przerażeniem wymalowanym na twarzy. Jedni myśleli, że wkradam się do ich głów i to przeze mnie mają halucynacje, inni myśleli, że przez mój dostęp do ich głów, mogę w każdej chwili pozbawić ich mózgów, najgorsi byli ci, którym wydawało się, że ich śledzę i za każdym rogiem czaję się z siekierą, by wbić jej ostrze prosto w ich głowy. Przyznam, że czasem miałem taką ochotę, ale wtedy to na pewno nie wypuściliby mnie z tego cholernego miejsca. 
   W pewnym momencie zostałem tylko ja, dziewczyna, która rzekomo miała mi pomóc i dwóch mężczyzn szepczących coś sobie na ucho.
   - Może się dosiądziesz?- rzuciłem w stronę brunetki, która otworzyła oczy, które od dłuższego czasu miała zamknięte. 

   - Nie. 
   - Nie gryzę- uśmiechnąłem się do niej delikatnie, ale ona tylko pokręciła głową i skierowała wzrok w inną stronę.- Zostało jeszcze jakieś półtorej godziny. Będziesz tak przez ten cały czas stała w miejscu?
   - Tak. 
   - W takim razie postoję z tobą- mruknąłem, wstając z krzesła, a następnie zrobiłem kilka kroków w jej kierunku. Patrzyła na mnie niczym lwica, która szykuje się do polowania na bezbronną ofiarę, a siniaki na jej ciele tylko dodawały jej grozy. 
   - Czego chcesz?- warknęła na mnie, spode łba. 
   - Chcę się zapoznać to źle? Jestem Harry- powiedziałem, wyciągając w jej kierunku prawą dłoń, na której widniała opaska z moim numerem.
   - Harry, mój chomik miał tak na imię...- w końcu zdecydowała się na nieco dłuższą wypowiedź.- "Spuściłam go w ubikacji drugiego dnia"- dodała w myślach.
   - Dlaczego go zabiłaś?
   - Słucham?
   - Spuściłaś go w ubikacji. Dlaczego?- dopiero teraz zrozumiałem, że nieco się wkopałem.
   - Skąd to wiesz?- w jej ciemnych oczach malowało się zdziwienie.
   - Powiedziałaś mi- powiedziałem pewnym siebie głosem.
   - Nieprawda- momentalnie zaprzeczyła.
   - Skądś musiałem to wiedzieć, a nie jestem jasnowidzem- skłamałem i posłałem jej niepewny uśmiech.- Może masz ochotę na to, żebym cię oprowadził nieco po ośrodku- propozycja ta, sama wyleciała mi z ust, kiedy w pomieszczeniu zapanowała skrajna cisza.
   - Pierdol się- jej słowa wbiły się w moją twarz, pozostawiając na niej zdziwienie.- Daj mi spokój dziwaku- dodała, po czym bez problemy mnie wyminęła i wyszła na korytarz, zostawiając mnie w jadalnie z szeroko otwartymi oczami.
   - Milutka- prychnąłem pod nosem i zdekoncentrowany opadłem na krzesło.
   - Panie Styles czas na badania- w pewnym momencie obok mnie pojawiła się pulchna pielęgniarka z jakąś popisaną kartką w dłoni.
   - Jakie znowu badania?- mruknąłem, a w moim głosie można było usłyszeć nutę oburzenia. Co drugi dzień, zmuszają mnie do pobierania próbki krwi, albo robią jakieś prześwietlenia, cały czas coś.
   Człowiek może być zupełnie zdrowy, a i tak co kilka dni będzie się przed nim wyłaniać pielęgniarka, która nawet siłą zaciągnie go do gabinetu lekarskiego, w którym śmierdzi zgnilizną, jakby ktoś kiedyś podczas, któregoś z zabiegów po prostu dostał zgonu.
   - Badania kontrolne. Proszę za mną panie Styles- powiedziała, wyćwiczonym- opanowanym głosem.
   - Nie możecie mnie zawieść na wózku, jakoś niespecjalnie satysfakcjonuje mnie łażenie w tych łańcuchach- spojrzałem z obrzydzeniem na związane kostki.
   - Prędzej wsadzę sobie nóż w plecy, niż spełnię jakiekolwiek twoje żądanie- syknęła, podnosząc mnie siłą z miejsca.
   - Z chęcią bym popatrzył na tak niecodzienną sytuację- mruknąłem, na tyle głośno by moje słowa przebiły się przez dźwięk grzechoczących łańcuchów.
   - "Bezczelny gówniarz, ja mu jeszcze pokażę"- skomentowała w myślach, a jej pomyślane słowa, wywołały na mojej twarzy szczenięcy uśmiech.
   - To miała być groźba?- spytałem pokrótce.
   - Tak. W każdej chwili mogę z twojego życia uczynić piekło- warknęła oschle.
   - To da się zrobić z piekła piekło?- odburknąłem, a moje słowa rozwścieczyły kobietę, która puściła w moim kierunku niemiłą wiązankę.
   - Właź do środka smarkaczu- otworzyła przede mną drzwi do gabinetu, do którego wszedłem z niechęcią.
   - Jaki gentleman z pani- puściłem do niej oczko, a jej twarz w jednej chwili zrobiła się wściekło czerwona.- Milczę- wykonałem gest zamykania ust i rozejrzałem się po pokoju, w którym się znalazłem.
________________________________________________________________________

   Na początku dziękuję za poprzednie komentarze, mam nadzieję, że opowiadanie jakoś do was dotarło i się spodobało co niektórym :)
Jeśli chodzi o to jak często będą pojawiać się rozdziały to myślę, że jakoś tak co piątek :)
   Mam nadzieję, że opowiadanie póki co wam się podoba :)
Pozdrawiam i życzę miłego tygodnia :)